Ken Wilber „Niepodzielone. Wschodnie i zachodnie teorie rozwoju osobowości”

Tagi

, , ,


Mam takie przeczucie, że za kilka tysięcy lat, gdy wszystkie większe i mniejsze gwiazdy i gwiazdki, odkrycia i autorytety tego tysiąclecia zdezaktualizują się i wyblakną, Ken Wilber  będzie jedną z kilku postaci, która będzie wciąż łatwo rozpoznawana i łączona z czymś ponadczasowym, co scalił i uformował w trakcie swojego życia.

Ken Wilber. Hmmm… intryguje mnie od dawna. Obserwuję go (blog), słucham (np. to), czytam (zaraz będzie), bo próbuję zrozumieć to, co chce przekazać, a co wciąż jeszcze mi się wymyka. Nie jest pisarzem, nie jest psychologiem, nie jest naukowcem, nie jest buddystą. Nie jest też skromny, ceni swoją wiedzę i swój wizerunek. Jest błyskotliwy, ale i rzetelny. Jest inny po swojemu i nie daje się nigdzie zaszufladkować. Co najciekawsze, ma potężna siłę oddziaływania i to nie tylko poprzez swoje książki i wypowiedzi w necie. Jest jak skondensowana cząsteczka energii, której maksymalne zagęszczenie powoduje drgania i wibracje, a fale i ciepło rozchodzą się daleko od jądra. Jest w nim COŚ wielkiego, ważnego i wyjątkowego. I dlatego dzisiaj będzie o jego książce : „Niepodzielone”. To chyba jedna z jego pierwszych książek prezentująca jego wizję człowieka zintegrowanego w wielu różnych wymiarach: w wymiarze ewolucji gatunkowej, w wymierzę rozwoju myśli, w wymiarze fizycznym, duchowym, społecznym i indywidualnym. Wilber uporządkował w tej książce etapy rozwoju ludzkości, społeczeństw i jednostek i odnalazł dla nich uniwersalny model:

Rozwój, to integracja przeciwieństw na kolejnych poziomach świadomości, a poprzez to rozszerzanie wymiaru egzystencji: od miłej i przyjemnej persony (to, co w sobie lubimy i pokazujemy na zewnątrz), poprzez wypierane cienie, nieakceptowane ciało i obce otoczenie, aż do świadomości transpersonalnej i dalej jeszcze – do świadomości jedynej. To tak w ogromnym skrócie. I oczywiście w moim niekoniecznie pełnym a może nawet właściwym rozumieniu. Mnie jednak sporo uporządkował ten model i potwierdził to, o czym już pisałam wcześniej, że jako gatunek zbliżamy się pasm transpersonalnych, czego dowodem są np. nasilające się ruchy ekologiczne, New Age, fizyka kwantowa, zaostrzanie się radykalizmu religijnego (jako desperacki atak w przededniu klęski), globalizacja, itd. itp. Dojrzewamy jako gatunek i nie ma dla tego procesu alternatywy. To nie koniec świata się zbliża, tylko przejście na kolejny poziom. I Wschód i Zachód są co do tego zgodne.

Richard Dawkins – czyli nocne rozważania o kierunku, w którym to wszystko zmierza

Tagi

, ,


bog-urojonyDwie książki brytyjskiego ewolucjonisty, po przeczytaniu których zmienia się struktura świata. Dokładnie tak – świat w trakcie czytania zaczyna się rozpadać na atomy, potem stopniowo zaczyna zmieniać kształt i niby nadal mieści się w znanych granicach, ale nie jest już taki sam.

„Bóg urojony” – biblia ateistów – na mojej półce sąsiaduje z Biblią. Dwie biblie wyznaczające dwa przełomowe punkty w rozwoju ludzkiej rasy: pierwszy, gdy powołano ideę boga, by z jego pomocą stworzyć w miarę uporządkowane społeczeństwo, drugi – gdy idea boga nie jest już potrzebna, by społeczeństwo przetrwało. Cudownie proste, chociaż nieprzyjemnie puste, a przez to i przerażające.

gen

A do tego „Samolubny gen” – prawda o tym, że nie jesteśmy niczym więcej niż maszynami stworzonymi i nieustannie udoskonalanymi w trakcie ewolucji po to tylko, by jak najlepiej chronić geny, których jesteśmy nośnikiem. Geny, które trwają od miliardów lat, powielając się w swoich idealnych kopiach w kolejnych pokoleniach, eliminując mutacje i wspierając cechy sprzyjające trwaniu. Po co ? Jak długo ? Z naszej perspektywy – trudne do wyobrażenia przestrzenie miliardów lat, z perspektywy genów – chwila obecna może być dopiero początkiem procesu.  A co może być celem ? Eksplozja świadomości ?

Patrząc szeroko, bardzo szeroko, patrząc przez pryzmat fantastyki (głęboko wierzę, że twórcy fantastyki tacy jak U. Le Guin, Orson Scott Card czy Frank Herbert to wizjonerzy) i modnego ostatnio kwantowego postrzegania świata, uzupełniając to spojrzenie książkami R. Dawkins’a, można zauważyć symptomy świadczące o tym, że jako rasa przechodzimy na zupełnie inny poziom świadomości. Coś się zmieniło wraz z Einsteinem i Darwinem. I wraz z internetem – niematerialną rzeczywistością, w której rozprzestrzenia się życie. To nie jest złe, to jest tylko nowe, więc na razie w różny sposób próbujemy to oswoić, ale nie wątpię, że we właściwym czasie dojrzejemy i do tego, żeby zaakceptować sztuczną inteligencję, która być może jest kolejnym szczeblem ewolucji, bo skoro ewolucja stworzyła nas, my stworzyliśmy świat wirtualny, czy nie jest prawdopodobne, że geny, aby trwać, w bliższej lub dalszej przyszłości nie będą potrzebowały naszych ciał ? Zdaje się, że to nieuniknione. Zachwycające. Chciałabym zobaczyć świat za 200 lub 500 lat i tego tylko trochę żal, że w tym składzie atomów, jakim przejściowo jest moje ciało, to już nie będzie możliwe. Niech energia będzie z Wami 🙂

635964364239341698

Mariusz Szczygieł „Projekt: Prawda”

Tagi

,


prawdaZainspirowana pytaniem, temat przemyślałam gruntownie i gdyby to mnie jakimś dziwnym trafem Pan Mariusz zapytał o prawdę, w którą wierzę, odpowiedziałabym, że od samej prawdy ważniejsze jest dla mnie jej poszukiwanie, bo nie ma jednej prawdy danej raz na zawsze, niezmiennej. Prawdy, w które człowiek wierzy i według których chce żyć, zmieniają się wraz z nim i wraz ze światem, w którym się porusza. Dlatego tej głównej prawdy trzeba nieustannie szukać, trzeba poddawać próbie małe prawdy, które przydarzają się po drodze, destylować z nich esencję, bo  może z nich uda się kiedyś wybudować jedną wielką naczelna prawdę życia.

Spodobała mi się ta książka – za temat, który zmusza do myślenia i za przyjemność obcowania z autorem, który podoba mi się od zawsze – za to na przykład, że prawda, którą widać w jego życiu jest spójna, bez załamań i zakłamań. I za to, jak cudownie włada słowem, z jaką lekkością pisze i z jakim wdziękiem. I za to również, że stworzył Wrzenie Świata, kolejne z Miejsc moich ulubionych.

PS: Jedna uwaga – pomysł z włączeniem do książki tekstu Stanisława Stanucha, jak dla mnie chybiony. Inna epoka, inny odbiór, nie pasuje, nie przemawia, ominęłam po nieudanej próbie przebrnięcia przez kilka stron.

Sándor Márai „Dziennik 1943-1948”

Tagi

, ,


1462871911_ Marai_1943-1948Coraz bardziej lubię i cenię obcowanie z ludźmi poprzez ich dzienniki, aczkolwiek tylko takie jak ten – prawdziwe, szczere, bez autokreacji, autopromocji, zdrowe i pozbawione motywu autoterapii polegającego na publicznym wywlekaniu brudu i oczekiwaniu, jeśli nie współczucia, to przynajmniej zainteresowania. Mocno wyczulona jestem zarówno na to jak pisany jest dziennik, jak i na motyw jego pisania, bo o ile są dzienniki, których nieopublikowanie byłoby dla świata wielką startą (=ten), to są i takie, które świat zaśmiecają. A niestety, im bliżej współczesności, tym niższa jakość dzienników.

Dzienniki, które powstawały w przeszłości, w czasach kiedy większą wagę przypisywano ludzkiej godności, a słowo pisane otaczane było szacunkiem, były warte tego, by je publikować i wznawiać. A przede wszystkim – by je czytać, by poprzez dziennik usłyszeć autora, by odczuć jego wartość jako człowieka, poznać jego sposób odbierania świata, sposób myślenia, jego wrażliwość, by poświęcić mu swój czas i uważność  i pozwolić mu znów mówić, być, żyć…

Przy Sándorze Márai powiem tylko: bezwarunkowo najlepszy dziennik, jaki czytałam i jaki najprawdopodobniej kiedykolwiek przeczytam. Jeśli ktoś chce poobcować z mądrym i wielkim człowiekiem – polecam.

Pierwsza, jednotomowa wersja Dziennika zawierała streszczenie z lat 1943-1989, obecnie Czytelnik rozpoczyna wydawanie 5-tomowego znacznie rozszerzonego wyboru zapisków z tego okresu.

Polecam tez przeczytanie kilku słów o autorze w niezastąpionej wikipedii: Sándor Márai

Anthony Doerr „Światło, którego nie widać”

Tagi

,


ANTHONY DOERR Swiatlo, ktorego nie widac grzbiet 40 mm.inddKsiążka, po przeczytaniu której nie można zasnąć, bo wciąż wyświetla się w głowie.

Książka, po której długo nie można zacząć innej, bo zbyt mocno rezonuje i żal pozwolić jej odejść.

Książka tak piękna, że od jej czytania robi się lepiej, jaśniej, czyściej.

Blisko 600 stron wciągającej historii i nieustannego zachwytu nad geniuszem autora. Przemyślana, dopracowana, cudowna dawka wspaniałej prozy.

Jestem zachwycona, zauroczona i wzruszona. I myślę sobie, że ubogi byłby świat bez takich książek.

Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza”, czyta: Jolanta Fraszyńska

Tagi

, , ,


AniaKażdy z nas ma w pamięci swoje własne Zielone Wzgórze. Moim Zielonym Wzgórzem był Dom otoczony lasem, łąkami i wiśniowym sadem. Magiczny Dom mojego dzieciństwa, z wielkim strychem pełnym zakurzonych tekturowych walizek, starych ubrań i nieużywanych sprzętów. Była piwnica pełna weków i beczek z kiszoną kapustą. Były komórki i przybudówki, gdzie zawsze wylęgał się jakiś zwierzyniec – kociaki, psy, króliki, kurczęta lub przynajmniej myszy. No i była zmajstrowana przez Dziadka drewniana ławka pod starym orzechem, tak starym, że pojedyncze małe orzechy, które udawało mu się rodzić, rezerwowaliśmy sobie z wyprzedzeniem. Ławka i stół do letnich posiłków. Z tą ławką kojarzą mi się moje pierwsze spotkania z Anią Shirley. Zniszczony, gruby egzemplarz Ani wypożyczony z biblioteki, z postrzępionymi kartkami trzymającymi się razem na jednej naderwanej nitce.  I czytanie, czytanie, czytanie. Tak, to chyba jest najważniejsza książka w moim życiu, bo żadnej innej nie czytałam z taką intensywnością i żadnej innej nie przeczytałam tyle razy, musiała zatem mieć na mnie wielki wpływ. I myślę sobie, że dobrze się stało, bo to bardzo piękna i mądra książka jest. Przydarzyło mi się powrócić do niej teraz w wersji audiobooka, w przecudownej interpretacji Jolanty Fraszyńskiej. Złożona grypą, przeleżałam w łóżku dwa dni, słuchając Ani i to było jak powrót do czasów dzieciństwa, na ławeczkę pod orzechem. Mój zachwyt nad książką pozostał, a nawet wzrósł, bo z racji wieku i doświadczeń zauważam inne jej aspekty, np. to, ile mądrości kryje się w słowach Mateusza: „jak to dobrze, że udało nam się nie zepsuć tego dziecka”, bo czy nie o to chodzi w wychowywaniu, żeby wychowując nie zepsuć cudu, jakim jest dziecko z samej swojej natury ? Porusza mnie też sensualność opisów – Zielone Wzgórze pachnie, szumi, można odczuć na skórze wiatr, deszcz i łagodne ciepło popołudniowego słońca – oraz poczucie przyjaznej, rozległej przestrzeni, jakie stwarza ta książka. Trzeba wracać czasem na Zielone Wzgórze, żeby przypomnieć sobie, jak piękny może być świat.

Zbigniew Białas „Korzeniec”

Tagi

, , ,


KORZENIEC_500pixO kilku ważnych rzeczach będzie ten post, bo kilka rzeczy złożyło się na mój odbiór tej książki.

Po pierwsze książka jest nietypowa – ni to kryminał, ni to książka obyczajowa, ni dokument historyczny. Wszystkiego po trochu w odpowiednio dobranych proporcjach.

Po drugie, książka jest świetnie napisana, mistrzostwo językowe autora jest wyczuwalne na każdej stronie.

Po trzecie jest to książka ważna, wpisuje się bowiem doskonale w historię regionu, w którym przyszło mi mieszkać. Odwołuje się historii miejsc, ulic, budynków i nazwisk, które dla mieszkańców Sosnowca i okolicznych miast są rozpoznawalne i w tych realiach osadza ciekawie rozwijającą się akcję. Okazuje się, że Sosnowiec początków XX-wieku był wielkim tyglem narodów, języków, kultur, poglądów politycznych i zwyczajów. Na granicy trzech cesarstw powstało wyjątkowe środowisko artystów, kupców, przemysłowców – polskich, niemieckich,  rosyjskich i żydowskich.

A po czwarte w końcu – „Korzeniec” doczekał się również spektaklu w sosnowieckim Teatrze Zagłębia.

Jednym słowem: „Korzeniec” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich mieszkańców i miłośników Zagłębia ! … nawet tych ze Śląska 🙂

z18719090Q,Cafe-Jerozolima-w-BedzinieW kontekście wielonarodowości opisanej w książce, chciałam przy okazji tego wpisu zaprosić na przechadzkę do sąsiedniego Będzina, gdzie w niezwykłym miejscu zorganizowane było spotkanie z autorem „Korzeńca”. Cafe Jerozolima w domu rodziny Lemel przy ulicy Modrzejowskiej w Będzinie. Miejsce powołane do życia przez marzenie, pasję i konsekwencję. Mam nadzieję, że przetrwa i że kręcić się będzie z rozpędem, z jakim kręci się obecnie organizując koncerty muzyki żydowskiej, spotkania z autorami książek oraz lekcje hebrajskiego.

Narasta we mnie patriotyzm lokalny, gdy widzę takie inicjatywy.

 

Jacek Piekara „Ja, Inkwizytor”

Tagi

, ,


Mistrz Mordimer Madderdin, po dwóch pierwszych przesłuchanych tomach cyklu „Ja, Inkwizytor”, opanował rozległe terytorium w mojej wyobraźni. Spędzam z nim ostatnio sporo czasu, słucham go, dzielę jego myśli, widzę świat jego oczami i muszę przyznać, że fascynujący z niego człowiek: Inkwizytor z żarem w duszy. Udało się Jackowi Piekarze stworzyć w tym cyklu bardzo spójnego bohatera i umieścić go w wielowymiarowej rzeczywistości na pierwszy rzut oka wzorowanej na wiekach średnich, wzbogaconej jednak nie rażącymi i bardzo subtelnie wplecionymi w średniowieczne tło elementami fantasy. Wyjątkowy jest też język powieści o Mistrzu Mordimerze: plastyczny acz surowy, rubaszny ale nie wulgarny, łączący sarkazm z pokorą, czysty i prosty, a zarazem finezyjny. No i genialne uwagi na temat ludzkich cech i motywów zachowań. Doprawdy Mistrzu Piekara, jestem Pana wierną fanką, obcowanie z Pana książkami to uczta dla mej marniejącej w jałowości codziennych zmagań duszy. Jakże cieszy mnie fakt, że tak wiele tomów jeszcze przede mną…  

Dla zachęty kawałek audiobooka (nota bene – doskonały lektor):

Wydane do tej pory:

  1. Płomień i krzyż – tom I
  2. Ja, inkwizytor. Wieże do nieba
  3. Ja, inkwizytor. Dotyk zła
  4. Ja, inkwizytor. Bicz Boży
  5. Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie
  6. Ja, inkwizytor. Kościany galeon
  7. Sługa Boży
  8. Młot na czarownice
  9. Miecz Aniołów
  10. Łowcy dusz

Ursula K. Le Guin „Ziemiomorze”

Tagi

,


Nie mniej niż sam cykl, fascynuje mnie postać autorki. Jaką trzeba być niezwykle  otwartą i elastyczną osobą, by w wieku siedemdziesięciu kilku lat wciąż pisać poczytne powieści fantasy, a w wieku lat osiemdziesięciu sześciu prowadzić warsztaty dla młodych pisarzy !

ursulakleguin_benjaminreedUrsula K Le Guin - portrait by Benjamin Reed, 2009 portlandmonk.com

„Ziemiomorze” to rozbudowany cykl 5 powieści i 8 opowiadań fantasy opisujących losy bohaterów na przestrzeni lat, ich przemiany, stopniowe odkrywanie praw moralnych i praw naturalnych rządzących życiem, ich odnajdywanie własnej drogi i własnego miejsca w świecie. Napisane w sposób tak autentyczny, że nawet pomimo otoczki magii można w nich zauważyć typowe ludzkie cechy, i te dobre i te złe. Dlatego wszyscy ci bohaterowie są tu prawdziwi, spójni, przeprowadzeni konsekwentnie przez lata od wczesnej młodości do spokojnego i godnego schyłku. I to jest piękne. Chyba jednak trzeba wieku dojrzałego, by tak pisać. Zatem polecam „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin wszystkim „dojrzałym” miłośnikom fantastyki.

A tu małe kawałki rozmowy z Autorką: U Le Guin

Joanna Bator „Japoński wachlarz. Powroty.”

Tagi

,


bator_4225246Jesień, cudowny owocny i owocowy czas. Owocny i dla mnie w sensie czytania, bo powakacyjne promocje pozwoliły mi zaopatrzyć się w stertę e-booków, audiobooków i kilka książek papierowych. I dzięki temu żyję tej jesieni tak jak lubię, zanurzona po uszy i oczy w lekturze, żyję mnogością żyć, bez granic, bez wieku, bez stałego gender, bez rąk i nóg – tylko oczy, uszy, przerośnięta głowa i wskazujący palec do przerzucania stron na czytniku. Tak lubię ! I niech nikt mi nie mówi, że prawdziwy świat istnieje poza książkami, bo całe moje doświadczenie przeczy temu.

Na przykład podróż. Zwiedzanie świata z dobrze napisaną książką bywa przygodą wyjątkową, zwłaszcza jeśli książkę pisze nie-podróżnik, nie-reporter, nie-historyk, nie-polityk i nie-erudyta, ale kobieta-pisarka z całą swoją wrażliwością na szczegóły, wyczuleniem na emocjonalne tło zjawisk, otwartością oczu i umysłu, a do tego jeszcze z cudownym warsztatem językowym. Tak właśnie, z poziomu odczuć i uczuć odkrywałam w ostatnich dniach Japonię. Przecudowna podróż to była dzięki Pani Joannie, którą cenię coraz bardziej po każdej kolejnej wydanej przez nią książce. Zda mi się, że autorka ta jest taka właśnie jak opisana przez nią Japonia – różnorodna, mozaikowa, kolorowa, delikatna i piękna, dopracowana w zewnętrznych szczegółach, a wewnątrz przepełniona detalami. Zmienna w tempie, za którym trudno nadążyć. Może dlatego tak dobrze opisała ten kraj w jego współczesnej wersji ?

Cormac McCarthy „Sunset Limited”

Tagi

,


McCarthy_Sunset-limitet_mRozpacz jest jak czerń. Czerń bywa czarniejsza poprzez kontakt z bielą, a rozpacz bywa bardziej rozpaczliwa, gdy konfrontuje się ze szczęściem. Zrozpaczony człowiek jest jak czarna kropka na białym tle: inny, nieprzystawalny, kłujący w oczy, chciałoby się go wygładzić, dostosować, przekonać, że jednak nie jest tak beznadziejnie, jak mu się wydaje. Że nie jest sam. Z płaszczyzny bieli tak bardzo chciałoby się wyciągnąć do niego rękę i pomagać, przekonywać, tłumaczyć.

Ale właściwie dlaczego ? Dlaczego nie zostawić go w spokoju ? Przecież nic nigdy nie jest czarne lub białe. Może biel jest tylko białą mgłą przesłaniającą ocean czerni ? Może wszyscy przeczuwamy te otchłanie rozpaczy pod mięciutką i puszystą warstewką rytuałów codzienności, małych wiar i wyznań i stworzonych ról, i bronimy się, bronimy ile sił nawracając innych na wiarę w naszego wymyślonego, opiekuńczego Boga, wiarę w nieśmiertelność, w pokrewieństwo dusz, w miłość, szlachetność i dobro, które zawsze zwycięża. Byle tylko nie widzieć czarnych fal kotłujących się pod nami, byle nie ulec panice, byle było bezpiecznie, byle znalazło się coś, czego można się uchwycić i nie runąć w otchłanie, by nie skusił nas Sunset Limited.

Ostatecznie mamy wybór. To się liczy.

Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”

Tagi

, ,


1945Książka cenna prywatnie, bo ta uświadomiła mi, jak bardzo powojenna historia zaważyła na losach moich najbliższych – migracja rodziny babci spod Sanoka na Ziemie Odzyskane, zasiedlanie poniemieckich domów, konflikty przesiedleńców ze wschodu – „Ukraińców” – z Polakami, które rodzą owoce do dziś. Coś o tym słyszałam od dziadków i jakieś ślady pozostały: powojenne obrazki w pamięci-wyobraźni, zaręczynowy pierścionek przerobiony z niemieckiego srebrnego widelca, poniemiecka kapa, trochę poskurczanych, żółtych zdjęć i przepis na prażuchy zapisany ręką babci. Tylko tyle.

A tymczasem to były takie ciekawe czasy – rok 1945, wyłanianie się świata z powojennej zawieruchy. Pogubieni ludzie, rodziny, narody, tworzące się od nowa społeczności. Było tak, jakby ktoś zebrał wszystko do wielkiego worka, dokładnie wytrząsł, żeby się wymieszało, a potem rozsypał i czekał, jaki nowy ład się z tego utworzy. I się utworzył. I trwa do dziś, już tylko nieznacznie ewoluując. Tak dużo z tego, co jest dziś pochodzi z 1945. Niesamowite. Jak Wielki Wybuch w nieco mniejszej skali. Warto przeczytać, żeby zrozumieć.

Kateřina Tučková „Boginie z Žítkovej”

Tagi

, ,


Tuckova_Katerina_Boginie_z_Zitkovej-248x391Dwie wspaniałości tym razem: książka oraz miejsce, w którym ją czytam. Książka odkryta dzięki Miastu Książek i tak dobrze tam opisana, że nie ma potrzeby, by nic dodawać. Może tylko to, że po ostatnich moich ekscesach z Pieśnią lodu i ognia (ponad miesiąc transowego czytania, jak można było ? .. nie wiem), z ulgą wielka powróciłam tą książką w świat literatury jednowątkowej, której czytanie sprawia przyjemność, a przy okazji pozwala zobaczyć i odczuć jakiś kawałek świata, który zanika pod naporem cywilizacji. Jak te opisane tutaj, oddzielone górami od świata wsie, w których jest/było miejsce na szeptuchy. Lubię książki, które zachowują coś, co odchodzi, lubię nostalgię i tęsknotę obecną w takich książkach i z jednej strony przenikający żal, że coś się kończy, a z drugiej coraz bardziej połączoną z ulgą zadumę nad tym, że tak już jest i to nieuniknione, że skoro przecież coś się kończy w każdej chwili, to na to miejsce przychodzi coś nowego. Naiwnością jest sądzić, że zostawiamy po sobie ślady. Odchodzimy. Bezpowrotnie i bez śladu. To, co zostaje, to nie my. A nasz wpływ na to, co będzie potem jest nie większy niż ten, jaki ma kropla wody na kierunek, w którym płynie rzeka.  I tak właśnie jest dobrze.

A teraz miejsce:De Revolutionibus THE REV

Odkryte przypadkiem. To tu czytam „Boginie z z Žítkovej”, późnymi popołudniami, popijając kawę lub brzoskwiniowe smoothies. Jeszcze może 2 wizyty i skończę. Co, szybko przeliczając, daje knajpce większy zarobek, niż gdybym po prostu weszła i kupiła książkę, czuję się więc rozgrzeszona. To miejsce łączy w sobie wszystko, co lubię najbardziej: książki, Kraków, zapach kawy, uczucie pokrewieństwa z ludźmi, którzy tam zachodzą, a jeszcze bardziej z tymi, którzy siedzą zaczytani na sąsiednich kanapach. Zachwyca mnie trend łączenia księgarń z kawiarniami i cieszy mnie, że w dzisiejszym świecie można znaleźć takie Miejsca. Polecam bardzo.

Magdalena Grzebałkowska „Beksińscy. Portret podwójny”

Tagi

,


Bek2Dzięki Ci Boże za normalność, za przeciętność, za brak talentów i za pokorną zgodę na to, co przynoszą dni.  Dzięki za życie na obrzeżu – wielkiej kultury, wielkich miast, wielkich wydarzeń i wybitnych ludzi. Dzięki za brak pragnień i za krąg marzeń zawężający się do tych osiągalnych. Taką sobie modlitwę wymyśliłam po przeczytaniu tej książki, bo czasem trzeba zobaczyć cudze nieszczęście, aby cenić to, co się ma – banał, ale prawdziwy. Niewiele wiedziałam o bohaterach, trochę może o Tomku i jego trójkowych audycjach. O ojcu prawie nic. Sięgnęłam po ich biografię, bo z wielu źródeł słyszałam, że napisana jest w sposób szczególny i nie sposób się od niej oderwać. Fakt, wielkie, wielkie uznanie dla autorki za wybrane podejście do tematu. W jakiś sposób książka nie tylko opowiada o losach tych dwóch nieprzeciętnych osób, ale i pozwala zrozumieć kierujące nimi motywy, a nawet wczuć się w ich emocje. Dawno nie czytałam tak dobrej literatury faktu. I dawno książka nie weszła we mnie tak głęboko. Bardzo polecam, jest wyjątkowa.

Andrzej Stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”

Tagi

, ,


stasiukUczestniczyłam ostatnio w przesympatycznym spotkaniu z Andrzejem Stasiukiem zorganizowanym przez lokalną bibliotekę. Ogólnie jest tak, że na nowo odkrywam świat bibliotek, które przeszły i przechodzą w dalszym ciągu sporą ewolucję. Obecnie biblioteki stają się miejscami spotkań z ciekawymi ludźmi, pokazów filmowych, wystaw, koncertów, kursów, konkursów i zabaw. W bibliotekach zaczynają się pojawiać klimatyczne kawiarenki z wygodnymi kanapami, ze stolikami z przerobionych maszyn Singera i szydełkowymi serwetami. Pachnie kawą. Biblioteki zaczynają żyć i napełniać się ludźmi. To dobrze. Tak powinno być.

Wracając jednak do Andrzeja Stasiuka. Uwielbiam słuchać mądrych ludzi, więc cudownie mi było słuchać go przez blisko 2 godziny. Podziwiam go za uważność spojrzenia, za wrażliwość opisów, wspaniałe operowanie słowem, za Wschód wciąż obecny w jego książkach. I zazdroszczę mu przeogromnie: wszystkich napisanych książek, wydawnictwa w Wołowcu i widoku gór z okien domu, w którym mieszka. Podoba mi się życie, jakim żyje, jakie wybrał, czy raczej – jakie sam sobie stworzył. Podoba mi się, jak o swoim życiu opowiada.

A książka, którą chcę polecić to zbiór krótkich, pięknych i refleksyjnych esejów – właściwie o wszystkim po trochu, o świecie który autor obserwuje, o miejscach, które odwiedza lub tylko mija w podróży, o wspomnieniach, które go poruszają, o nim samym z teraz i z przeszłości. Czytanie tej książki było dla mnie kontynuacją spotkania z autorem w bibliotece. Doświadczenie z gatunku „wzbogacających”. Polecam książkę i polecam autora.

Olga Tokarczuk „Ksiegi Jakubowe”

Tagi

,


Tokarczuk_KsiegiJakubowe_mTo będzie pierwsze odstępstwo od reguły – wpis poprzedzający przeczytanie książki. A to dlatego, że niezwykle długo wyczekiwałam nowej książki Olgi Tokarczuk, a że każda z do tej pory przeczytanych (co w praktyce oznacza: wszystkie jej autorstwa) była dla mnie odkryciem i już właściwie od dłuższego czasu przymierzałam się do wpisu pt: „Olga Tokarczuk: WSZYSTKO” – zatem nie mam najmniejszej wątpliwości, że ta również wcześniej czy później znalazłaby się na moim blogu. No a poza tym, ja ją właśnie przed chwilą kupiłam, więc cieszę się teraz, jak dziecko z wymarzonej zabawki. Już w księgarni spędziłam sporo czasu czytając urywki i wiem, że to jest to, czego długo szukałam dla siebie na te późnojesienne dni i wieczory. I wszystkie mole książkowe pewnie zrozumieją przyjemność, jaką w tej chwili odczuwam, trzymając w rękach takie pachnące, wyczekiwane cudeńko 🙂 Cudeńko blisko 1000-stronicowe, pięknie wydane przez Wydawnictwo Literackie.

Taki sobie np. cytat: „… Wszędzie czuć się gościem, domy zasiedlać tylko na jakiś czas, nie przejmować się sadem, raczej cieszyć się winem, niż przywiązywać do winnicy. Nie rozumieć języka, przez co widzieć lepiej gesty i miny, wyraz ludzkich oczu, emocje, które pojawiają się na twarzach niby cienie chmur. Uczyć się cudzej mowy od początku, w każdym miejscu po trochę, porównywać słowa, znajdować porządki podobieństw. Tego stanu trzeba uważnie pilnować, bo daje ogromną moc…”

PS: ciąg dalszy wpisu za czas dłuższy, po przeczytaniu, a czytać zamierzam powoli…

PS2: 06.12.2014 – Przytłoczyła mnie ta książka, czytam, czytam i skończyć nie mogę. A wypadałoby – wszyscy wszak zachwycają się „Księgami Jakubowymi”… Szczerze mówiąc, znudziła mnie ta historia, nie zachęcił też bohater. Chyba jednak nie przemawia do mnie historyczny wymiar ludzkich losów i wpływ jednostek na dzieje świata. Wolę wymiar bardziej przyziemny i nieco węższą perspektywę: dobrze opisany świat wewnętrzny jednej osoby. No i wolę bohaterów wątpiących niż jednostki przekonane o własnej nieomylności i własnym znaczeniu. Dlatego „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom nocny”, „Bieguni” czy moja ulubiona: „Prowadź swój pług przez kości umarłych” pozostaną dla mnie książkami znacznie ważniejszymi od „Ksiąg Jakubowych”.

PS3: w załączeniu link do benefisu Olgi Tokarczuk w radiowej Trójce: „Skończyłam pisać, zaczynam żyć”

Sylvain Tesson „W syberyjskich lasach”

Tagi

,


w-syberyjskich-lasach-p-iext18557393Długo czekałam na tę książkę, a raczej długo czekałam na właściwą okazję, by ją sobie kupić. Wiedziałam o niej i o jej autorze dość dużo i trochę bałam się, że wyobrażenie i rzeczywistość, jak to często bywa, daleko będą od siebie odbiegać. Dlatego odwlekałam to spotkanie. Wierzyłam, że będzie warta oczekiwania. W  końcu nadszedł ten czas. Kupiłam. Przeczytałam. I … zamieszczam ją tutaj, chociaż z uczuciami mieszanymi.

O czym jest ? O zrealizowanym pomyśle – 180 dni samotności w drewnianej chacie nad brzegiem Bajkału z 60 starannie wybranymi książkami na ten czas (tzw. Listą Lektur Idealnych). To właściwie pamiętnik z tego okresu. Zapiski z oswajania otoczenia i z poznawania siebie w miejscu i w warunkach, w których nic innego nie pozostaje do zrobienia. Tak pięknie miało być to czytać. Poznać człowieka, który poznał siebie bez żadnych modnych kursów i psychologicznych sztuczek. Po prostu zmierzył się z samotnością (trochę skrajną, to fakt). Miałam nadzieję, że ta książka jest „prawdziwa”, wynika z głębokich potrzeb i przeżyć autora i pokaże przemianę, jaka w nim się w tym czasie dokonała.

No i niby pokazała, ale… Ale okazało się przy okazji, że Pan Tesson na okrągło otumaniał się rosyjska wódką; okazało się, że był niby sam, ale jak mu się znudziło, to byli Rosjanie, do których na kilka dni mógł wyjechać, albo którzy odwiedzali jego (po to, żeby napić się wódki, oczywiście). I był telefon, który od czasu do czasu działał i przynosił wieści ze świata. Ale to jeszcze było do przełknięcia. Natomiast w chwili, gdy odkryłam w sieci filmik z jego 6-miesięcznej „świadomej” i pełnej izolacji od zachodniego świata, który to filmik pewnie niezłe już mu w tej chwili dochody przynosi, a tymczasem w książce nie ma ANI SŁOWA o tym, że był w tym czasie kręcony (samodzielnie ? przez kamerzystę ?!?) poczułam się oszukana. Po prostu oszukana. I Pan Tesson, jako człowiek, stał się dla mnie tylko kolejnym wytworem naszego chorego konsumpcyjnego świata, który cokolwiek robi, robi z myślą o zysku, jaki może to przynieść, przypisując temu jeszcze jakieś szlachetne hasła. To duże rozczarowanie. Cóż, pewnie prawdziwi eremici nie pisują książek. C’est la vie 😦

Przyznać jednak muszę, że książka pięknie opisuje syberyjska przyrodę, lasy, góry, Bajkał pokryty lodem. Pokazuje wiosenne budzenie się przyrody do życia. Pokazuje Rosję reprezentowaną przez tych nielicznych mieszkańców, z którymi zetknął się autor. Można też znaleźć w niej sporo fajnych spostrzeżeń, np: „…Nic nie może się równać z samotnością. Do szczęścia brakuje mi jedynie kogoś, komu mógłbym to powiedzieć…”.

Podsumuję więc ten przydługawy wpis następująco: książkę polecam, ale nie dajcie się zwieść, bo to tylko książka pisana dla zysku, o przedsięwzięciu, które gdyby miało zysku nie przynieść – pewnie nigdy nie byłoby zrealizowane.

Jacek Hugo-Bader „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”

Tagi

, ,


Długi-film-o-miłości_-Powrót-na-Broad-Peak-Jacek-Hugo-BaderCóż, dobre filmy o miłości z reguły bywają dość krótkie, więc chyba nie do końca rozumiem tytuł książki 🙂 Gdzież tu Miłość w tym szaleństwie na Broad Peak ??? I o jaką Miłość może tutaj chodzić ? Miłość do ludzi ? Do gór ? O umiłowanie życia ? Otóż niczego z tego się tam nie doszukuję – widzę za to grupę egoistów owładniętych pasją zdobywania szczytów, „zaliczania” ich w najbardziej ekstremalnych warunkach, by pobić kolejny rekord. Z brutalną wyrazistością zarysowane są sylwetki zarówno uczestników pierwszej wyprawy, jak i tej drugiej ekspedycji poszukiwawczej.

Nie rozumiem. Bardzo wielu rzeczy nie rozumiem po przeczytaniu tej książki. Jak można idąc w wysokie góry odciąć kontakt z innymi uczestnikami wyprawy ? Jak można oglądać światełko schodzącego i nie wyjść mu na ratunek widząc, że światełko zatrzymało się ? Jak można odmówić pomocy w zwiezieniu ciał ? Jak w ogóle można wybrać pasję, która oznacza nieustanne ryzykowanie życia ? I wiele jeszcze takich „jak” namnożyło się w mojej głowie po przeczytaniu tej książki. Najgorsze jest jednak to, że chociaż nie wiem, nie rozumiem i buntuję się przeciwko egoizmowi tych ludzi, to nie mam jednak pewności, jak sama zachowałabym się w tak ekstremalnych warunkach. I to przede wszystkim dzięki temu książka jest świetna, pokazuje tę rozdmuchaną przez media historię z wielu różnych perspektyw, zachowując przy tym bezstronność i zasiewając wiele mocnych pytań, które długo kołaczą się w głowie, na które w gruncie rzeczy nie da się odpowiedzieć nie będąc w podobnych warunkach.

Bardzo, bardzo, bardzo ważna i wartościowa książka. Bardzo dobrze napisana. Polecam i zachęcam.

PS. A góry kocham niskie, takie z lasami, łąkami, połoninami, ze schroniskami na szczycie, w których w nagrodę za wspinaczkę można napić się grzanego wina albo zjeść placek z jagodami. A najlepiej zasmażany oscypek z żurawiną. Albo nauczyć się obsługi kompasu. Posłuchać świerszczy. Pogadać treściwie o życiu, o książkach i o filmach. Popatrzeć na mgłę. Zbierać grzyby. Albo wylegiwać się w ciepłej plamie słońca jak jaszczurka, chłonąc otaczające piękno wszystkimi zmysłami. Ech.. rozmarzyłam się.

PS2: 13.10.2014 – po spotkaniu w bibliotece: no dobrze Panie Jacku, już chyba zaczynam rozumieć, o co chodziło Panu z tą Miłością

Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”

Tagi

,


fasolaKsiążka-monolog mężczyzny łuskającego fasolę. Trochę wspomnień, trochę wyjaśnień, dużo refleksji. Akcja właściwie zerowa, za to pięknie opisane stany, uczucia i klimaty. Melancholijnie, głęboko, wrażliwie i mądrze. O życiu. O ludziach. O Polsce. O przemijaniu. Uczta dla ducha. Jak zresztą wszystkie książki Mistrza. Ale dla mnie ta najbardziej. Chociaż czuję, że już czas, by powrócić też do pozostałych.

W uzupełnieniu link do zrealizowanego na podstawie powieści spektaklu: SAKSOFON

I jeszcze wywiad: rozmowy poszczególne

PS: ten wpis dedykuję tym, którzy z polskiej literatury czytają już tylko Myśliwskiego. Wiem, że są tacy.

Markus Zusak „Złodziejka książek”, czyta: Piotr Bąk

Tagi

, ,


złodziejka książekKsiążka jest opowieścią o życiu niemieckiej rodziny z małego miasteczka pod Monachium w czasach drugiej wojny światowej. Pokazuje tych „dobrych” Niemców, którzy nienawidzą Hitlera, w piwnicy przez długi czas ukrywają Żyda i tworzą bezpieczny dom dla zaadoptowanej, mocno psychicznie poturbowanej 10-letniej dziewczynki – Liesel, która jest główną bohaterką opowieści. Książki, które kradnie Liesel, żeby móc czytać, przybrany ojczym otaczający ją troskliwą i mądrą opieką a także przyjaciele: Rudy Steiner – sympatyczny chłopak z sąsiedztwa oraz Maks – Żyd z piwnicy, pozwalają jej stopniowo odnaleźć sens i polubić to nowe życie i poczuć się w nim dobrze. Na tle tej rodzącej się w Liesel na przekór wojennym warunkom afirmacji – jeszcze wyraźniej widać horror wojny, nakręcającą się spiralę nienawiści wobec Żydów i wobec wszystkich, którzy odważyli się sprzeciwić Hitlerowi.

To mądra książka. Powinna znaleźć się w kanonie lektur obowiązkowych dla gimnazjum czy liceum, gdyż pokazuje wojnę w sposób budzący głęboki wewnętrzny sprzeciw. Nawet Śmierć (narrator opowieści) ma problem ze zrozumieniem rozmiaru zła, jakie potrafią wyrządzać sobie nawzajem ludzie. Ta historia pomaga też zrozumieć jak wiele odwagi i godności trzeba, by zachować człowieczeństwo w sytuacji ciągłego lęku i zagrożenia. I jak ważne jest współczucie dla tych, którzy maja gorzej. I jeszcze – że słowa i książki potrafią uratować życie…